Wegetarianie.pl
Portal Wegetarian
  Witaj Gość  Rejestracja | Logowanie
     

WIADOMOŚCI

CZYTELNIA

KUCHNIA

SPOŁECZNOŚĆ

Wegetariańskie historie

Strona, na której piszemy o swojej drodze do weg(etaria)nizmu.
Jest to również miejsce na wpisywanie pozdrowień.

Index :: DODAJ WŁASNY WPIS !
Index :: Jak wizyta w rzeźni zmieniła moje życie

Filip ()
Jak wizyta w rzeźni zmieniła moje życie

Nigdy nie zapomnę tego, jak wstydziłem się za własny gatunek, który zdolny jest do takich zbrodniczych zachowań. Rzeźnia zmieniła mnie w ciągu jednego dnia. Zmieniła całe moje życie. Tam zrodził się mój sens istnienia. Walka o lepsze życie uciskanych zwierząt.

Moje początki wegetariańskiej drogi zaczęły się tak naprawdę gdy byłem małym dzieckiem, na początku szkoły podstawowej. Pamiętam do dziś tą scenę. Lekcja religii w sali na parterze w jednym z toruńskich kościołów. Ksiądz (który wydawał się, że jest bardzo miły) mówił coś o miłości...

W pewnej chwili dziewczynka siedząca blisko drzwi usłyszała jakiś cichy głos, który wyraźnie się powtarzał. Podbiegła do drewnianych ciężkich drzwi i otworzyła je... nie zobaczyła niczego lecz nagle między nogami przeleciał jej mały kotek, który szybko i zwinnie przebiegł przez salę katechetyczną i położył się w koncie blisko kaloryfera.

Ksiądz w jednej chwili krzyknął: wyrzucie to zwierzę!!! Nie wierzyłem własnym uszom, osoba , która wydawała mi się usposobieniem dobroci i wszelkich cnót dodała po chwili: to dom Boży, nie ma miejsca w nim na takie przybłędy. Myślałem, że to wszystko zdawało mi się i mam jakieś halucynacje. Na dworze była potwornie mroźna zima – nie taka łagodna jak teraz, prawdziwa – pamiętam, iż palce drętwiały a język od mówienia stawał się prawie sztywny. Dzieci, szczególnie dziewczynki zaczęły wołać: proszę księdza ten kotek chce się ogrzać, niech on zostanie proooooooooooosimy!!!!!!!!!!!!!! Te słowa jeszcze po ponad 20 latach tkwią cały czas w mojej głowie, myślach. Ksiądz wrzasnął – wyrzuć go. Ta mała dziewczynka, która przyszła na lekcję posłuchać o miłości, ze łzami w oczach, błagając wzrokiem, wykrzyknęła: proszę księdza, tak nie można!!!!!!!!!!! – duchowny stanowczym tonem odpowiedział: chcesz być przyjęta, to rób co mówię!!????!!!!

Dziewczynka, ze łzami na policzkach, wyniosła kotka przed „dom boży”. Wróciła cała zapłakana, trzęsła się już do końca lekcji religii. Następnego dnia przechodząc koło kościoła zobaczyłem tego samego kotka, niestety był zamarznięty. Wiedziałem już, że ludzie dorośli nie są tak wspaniali za jakich się uważają. To była moja pierwsza brutalna lekcja styczności z jakże często okrutną rzeczywistością, złą i niesprawiedliwą – szczególnie mocno odbijającą się na zwierzętach.

Ta lekcja religii pozostanie mi na całe życie. Była dopiero początkiem tego co miało nadejść.

Nadeszło po kilku latach. Zobaczyłem rzeczy, które człowiekowi o zdrowych zmysłach nie śnią się nawet w najgorszych koszmarach. Najgorsze było to, że te koszmary widziałem naprawdę. Nigdy nie zapomnę tego jak wstydziłem się za własny gatunek, który zdolny jest do takich zbrodniczych zachowań. Rzeźnia zmieniła mnie w ciągu jednego dnia. Zmieniła całe moje życie. Tam zrodził się mój sens istnienia. Walka o lepsze życie uciskanych zwierząt.

Chodziłem do szkoły gastronomicznej... Pamiętam to jak dziś, była ciepła wiosna, trzecia klasa toruńskiego gastronomika. Dzień jak co dnia – zwyczajny. Człowiek leniwie wstaje do szkoły, bo tam sporo nauki i lekcje na których nauczyciele pytają. Zastanawiałem się czy iść tego dnia na wszystkie lekcje. Technologia z towaroznawstwem nigdy nie przypadała mi do gustu, bo tych lekcji mieliśmy chyba z sześć, jedna po drugiej. Takie szkolne gotowanie z elementami teorii. Postanowiłem jednak, że pójdę, choć nie miałem szczególnej ochoty, tym bardziej, że był to piątek. Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem w szkole, iż idziemy dziś na wycieczkę po zakładach produkcji żywności. I tak wylądowałem pierwszy raz w życiu w rzeźni. To co tam zobaczyłem zmieniło mój sposób myślenia i patrzenia na świat. Pamiętam, świeciło jasne słoneczko. Tuż pod rzeźnią otoczonej grubym, ceglasto-czerwonym murem usłyszałem jakby płakanie, wycie i przerażenie – wszystko na raz. Weszliśmy do środka, przez bramę strzeżoną przez strażników.

Podwórze było pokaźnych rozmiarów. Za bramą stało kilka dużych ciężarówek wypełnionych zwierzętami. Krowy, świnie – czekały na swojej drodze na śmierć z rąk człowieka. Głos tych przerażonych istot do dzisiejszego dnia dudni mi w uszach. Przechodziliśmy obok nich. Patrzące, błagalne oczy, proszące o pomoc. Nie rozumiałem jeszcze w pełni, o co one prosiły. Po chwili otworzyły się przyczepy. Niektóre zwierzęta schodziły, inne stały w przerażeniu z drżącymi nogami, zapierały się, nie chciały zejść. Kilku mężczyzn wskoczyło na samochody. Zaczęli pchać zwierzęta. Niewiele to dało. Ktoś przyniósł metalowe pręty i zaczęło się kopanie, bicie, uderzanie, krowy jedne przez drugie zaczęły uciekać w popłochu.

Weszliśmy do środka. W powietrzu czuć było strach i przerażenie, odgłosy zwierząt. Zaczęliśmy oglądać kolejne tzw. etapy produkcji zwierzęcej. Nigdy w życiu nie zapomnę stojących w rogu zwierząt, które widziały śmierć w męczarniach zwierząt stojących przed nimi. Przerażenie, rozpacz, szerokie wielkie oczy świń i krów – było to bardzo wstrząsające. Żadne zwierzę nie chciało być zabite, widać to było doskonale. Nie miały wyboru. Masywni pracownicy – rzeźnicy mieli swoje sposoby, aby zwierzęta się poddały. Na siłę przepychali je, bijąc czym popadnie, przewracające się zwierzęta były łapane za nogi i przesuwane dalej. Nie zapomnę widoku krów – jeszcze żywych a wiszących głowami w dół, gdy nóż rzeźnicki przecinał ich żyły. Krew tryskała wszędzie. Wycie zwierząt, które jeszcze prosiły o pomoc, lejąca się czerwona „farba” po ścianach, ubraniach. Szczytem wszystkiego był widok dogorywającej krowy, z której sączyła się krew – człowiek-oprawca podstawił pod jej żyły metalowy kubek, odczekał chwilę aż napełni się jej krwią i wypił zawartość stojąc przy jeszcze żyjącym, umierającym zwierzęciu.

Obrazki, które tam zobaczyłem, niestety były realne i prawdziwe. Porównać ich nie można z niczym, bo najbardziej straszny horror wydaje się bajką dla dzieci. Dla wszystkich pracujących tam ludzi żywe zwierzęta, cierpienie jakie im wyrządzano, nie było niczym szczególnym. Po prostu praca. Nie opisuję tu i tak szczegółowo tego co zobaczyłem, choć już ktoś może powiedzieć, że to co tu przedstawiam jest niesmaczne. Odpowiadam od razu – największą sadystyczna kanalią tego świata jest człowiek. Sam szatan nie wymyśliłby już nic bardziej perfidnego, od tego co homo sapiens sapiens zgotował innym mieszkańcom naszej planety.

Wiem jedno i zdania w tej kwestii nie zmienię. Nie ma czegoś takiego jak humanitarne warunki uboju. To są tylko ładne słowa. Moment zabijania zwierzęcia jest tak straszny i przerażający, że zwierzęta zawsze będą się bały i zawsze będą czuć, że mają być zabite!!! Nie zmieni tego nic a wszelkie gadanie o humanitaryzmie jest po prostu śmieszne. Mówią to z pewnością osoby, które chcą się czuć komfortowo i wspaniale a myśl o tym, że są takimi samymi oprawcami jak ci rzeźnicy – bo w końcu płacą za zabicie tych zwierząt – wywołuje u nich „nieprzyjemne odczucia”, więc wolą sami siebie oszukiwać, że zwierzęta są zabijane humanitarne. Nic bardziej mylnego!!!

Ta wycieczka na zawsze odmieniła moje życie. Ta może dwugodzinna lekcja dała mi więcej niż cokolwiek innego. Postanowiłem, że nigdy więcej nie wezmę do ust mięsa i sam coś zrobię aby nie przyczyniać się do tak strasznych rzeczy, które tam zobaczyłem. Stałem się wegetarianinem w jednej sekundzie. Wiedziałem, iż jestem już innym człowiekiem.

Po kilku dniach przemyśleń nad wszystkim postanowiłem, iż czynnie włączę się w ochronę zwierząt. Poszedłem do lokalnego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Na początku zajmowałem się papierkową robotą, aż do dnia kiedy zadzwonił telefon i głos w słuchawce poprosił o interwencję. Z informacji wynikało, iż dość zamożny człowiek trzyma na łańcuchu małego pieska przy swoim nowo budowanym domu. Pojechałem sprawdzić tę informację. Po przybyciu pod wskazany adres zobaczyłem kilkumiesięcznego małego pieska, któremu z szyi kapała krew. Zwierzę miało wrośnięty w ciało drut, który służył mu zamiast obroży. Do druta przymocowany był łańcuch, metrowej długości umocowany do dziurawej budy. Niewiele się zastanawiając obciąłem łańcuch i wziąłem psa na ręce. Nagle za moimi plecami zobaczyłem barczystego mężczyznę, który leciał na mnie z siekierą i wołał, iż co mnie obchodzi jakiś tam kundel i to nie moja sprawa. Zaczął machać tym niebezpiecznym narzędziem. Uciekłem z skomlącym z bólu psem. Piesek przeżył choć rany goiły się dość długo.

Ta interwencja dokonana była jeszcze długo przed tym jak została uchwalona polska ustawa o ochronie zwierząt. Po tej interwencji wiedziałem już, że właśnie bezpośrednia pomoc zwierzętom, nawet w sytuacjach gdy grozi niebezpieczeństwo, jest tym co chcę robić. I tak od 15 lat staram się na tyle ile mogę pomóc zwierzętom...

Pamiętam to jak dziś, choć minęło od tego przykrego zdarzenia 7 lat. Siedziałem sobie w herbaciarni w Toruniu ze znajomymi z Kolektywu Autonomistów, którzy niejednokrotnie pomagali w zwierzęcych sprawach. Piliśmy sobie jakąś dziwną herbatkę, której nazwy sobie nie przypomnę, wiem tylko, że miała smak lasu. Nagle zadzwonił mój telefon komórkowy.

Kobieta zapłakana, z drżącym głosem mówiła, szlochała, iż ktoś zabił jej psa. Zdarzenie miało miejsce kilkadziesiąt kilometrów od Torunia. Pojechałem tam. Widok był przerażający. Pies, a właściwie jego kawałki leżały na mokrym śniegu, wokół było pełno krwi kapiącej z głowy i nóg zwierzęcia. Widać było gołym okiem, iż zwierzę musiało być potwornie katowane przed śmiercią. Nie wdając się w szczegóły ? bo nie ma sensu pisać tu o żmudnej pracy jaka zawsze towarzyszy dochodzeniu kto i dlaczego zabił lub okaleczył dane zwierzę lub zwierzęta ? udało się wszystko ustalić. Sprawcą okazała się sąsiadka, która zabiła biednego psiaka z premedytacją. Była to kobieta w średnim wieku, na początku zasłaniała się swoją ?głęboką wiarą i miłością do kościoła katolickiego?. W jej domu wisiały obrazy o treści religijnej, mnóstwo różańców i krzyży. Chyba ta ?wiara? nijak się miała do prawdziwej miłości, skoro sprawczyni potrafiła być tak sadystyczna. Jak wykazały badania lekarza weterynarii zwierzę przed śmiercią było katowane i bite. Zadano mu 17 ran, zmiażdżono podstawę czaszki oraz wydłubano mu oko. Wiem, że niektórzy czytelnicy mogą powiedzieć, iż przesadzam z tymi ?kwiecistymi opisami?, lecz i tak staram się zminimalizować obrazowość danego zdarzenia. Niestety, życie bywa brutalne, szczególnie dla zwierząt. Uczestniczyłem w tysiącach interwencji, niejednokrotnie nawet bardziej brutalnych od tej opisywanej.

Pewnego dnia otrzymałem informację, że w położonym w lesie gospodarstwie są zaniedbane zwierzęta. Ciężko było trafić ? miejsce to znajdowało się daleko od innych siedzib ludzkich. Z daleka widać było zaniedbane krowy. Zaniedbane jest złym określeniem, pasowałoby powiedzieć raczej ? wychudzone do granic możliwości. Tylko duże błagalne oczy widać było z daleka. Zwierzęta mówiły tak wiele swoim spojrzeniem, prosiły o pomoc. W oborze stało kilkanaście krów, które tonęły we własnych odchodach, świnie biegały za oborą. Niektóre z nich przychodziły do krów i tuliły się do nich. Krowy zaś lizały je. Widać było, iż każde z tych zwierząt pomaga drugiemu przeżyć koszmar. Okazało się, iż właścicielka gospodarstwa zapomniała dbać o swoje zwierzęta i nie karmiła ich od kilku tygodni, a wcześniej też nie za bardzo się nimi interesowała.

Zwierzęta, jakby czując, że przychodzę im z pomocą, podbiegały do mnie i wpatrywały się prosto w oczy. Nigdy żadna, choćby najlepsza książka czy super film nie zastąpi żywego kontaktu ze zwierzęciem. Kto nie widział okropności jakie wyrządza człowiek zwierzętom, ten nie jest w stanie zrozumieć jaką potrzebne jest pomaganie krzywdzonym istotom, za którymi mało kto się wstawi. Za ?dziękuję? wystarczy spojrzenie zwierzęcia, które swoimi oczami przekazuje podziękowanie.

Nigdy nie zapomnę konia, którego oprawca przez około 2 tygodni bił i nie dawał pożywienia. Aby przeżyć zwierzak gryzł drewniane belki w stajni. Był tak chudy, że nie miał siły wstać o własnych nogach. Leżał w gnoju i błocie. Pewnie marzył już o niebie dla zwierząt, nie dla ludzi, bo człowiek mógł kojarzyć mu się tylko z szatanem ? taki los spotkał to zwierzę na Ziemi. Gdy zobaczyłem tego biednego konika pierwszy raz wstydziłem się już nie wiem po raz który, że jestem człowiekiem i należę do tego podłego gatunku. Postanowiłem pomóc zwierzęciu jak tylko się da. Udało się zebrać pieniądze na leczenie. Niestety, mimo pomocy jaką mu udzielono, zwierzę umarło na moich rękach. Pamiętam oczy tego konia ? był już szczęśliwy, że odchodzi z tego świata. Patrzył na mnie tak wyrazistym i oddającym uczucia wzrokiem. Położyłem się przy nim, żeby czuć jego oddech, żeby nie czuł się już zagrożony. Łzy ciekły mi po policzkach, gdy zwierzę odchodziło, ale zarazem byłem szczęśliwy, iż już nie cierpi.

Pytają mnie nieraz ludzie, czy trudno być wegetarianinem. Jakby bycie wegetarianinem było jakąś pokutą lub cierpieniem. Odpowiadam, że to sposób patrzenia na świat i nie wyobrażam sobie inaczej żyć. Wszystko to co widzę pomagając katowanym zwierzakom jeszcze bardziej upewnia mnie w tym, iż słuszną drogę obrałem tam w rzeźni wiele lat temu. Nie mogło być inaczej...
Odpowiedz




CWGuestBook v2.0
©CrossWorlds.ru
© 2005-2017 Wegetarianie.pl   Wszelkie prawa zastrzeżone